top of page
  • Karolina

Gdzie zainteresowań sześć (...) Perspektywa byłego "zdolnego, ale leniwego" dziecka

Było sobie dziecko. Około pięcioletnie, z nadmiarem energii, ale lubiące spędzać czas w samotności, najczęściej rysując lub wymyślając ciekawe historie. Siedzi właśnie przy stole z babcią, która usiłuje nauczyć je czytać. I tak było w sumie codziennie — dzielnie starała się, by dzieciak umiał czytać i pisać.


Dziecko mocno się buntuje i oznajmia pewnego dnia mamie: "Ja nie będę czytać! Książki są głupie".





Parę lat później, będąc już w podstawówce, dziecko czyta kilka książek tygodniowo, zamiast odrabiać prace domowe z historii, co wkrótce kończy się oceną dopuszczającą. Mało tego, wezwane do tablicy nie wiedziało, co się działo na lekcjach przez ostatnie miesiące, bo zamiast uważanie słuchać, pod ławką trzymało "Przygody Trzech Detektywów" i marzyło o budowaniu robotów, rozwiązywaniu trudnych zagadek i przesiadywaniu w tajnej bazie ukrytej na pewnym wysypisku śmieci. Pech chciał, że pewnego dnia nauczycielka złapała zeszyt dziecka, gdzie roiło się od robotycznych modeli i niezadowolona zabrała zeszyt. Dzieciak myślał wtedy, siedząc na krześle, że do przerwy zdąży na zawał zejść.


Następnego dnia wezwała rodziców do szkoły. Rodzice czasu nie mieli, więc przyszła babcia.


Po powrocie (dzieciak po szkole siedział u babci, aż rodzice zabrali go do domu), zdenerwowana kobieta natychmiast schowała dziecku wszystkie książki. Było ich sporo, bo zaledwie w zeszłym tygodniu wypożyczyło około 10 sztuk — bibliotekarki nie miały nic przeciwko, bo i tak mało kogo widziały w bibliotece. Powiedziała dziecku, by przestało się zajmować głupotami i wzięło się do nauki. To samo powtórzyli rodzice, z widocznym zawodem na twarzy.


No bo jak to jedyne dziecko (czyt. bez rodzeństwa) może mieć złe oceny? Przecież i tak nic do robienia nie ma. Kiedyś to było — teraz dzieciaki za łatwo mają. Niech się zajmie koralikami, córki koleżanek je uwielbiają, a nie jakimiś głupotami. Może zacznie zachowywać się jak one. Proszę — nawet z innymi dzieciakami wychodzić nie chce, takie rozpieszczone, że poza książkami świata nie widzi.




A dziecko wolało czytać, bo niekoniecznie potrafiło znaleźć z rówieśnikami wspólny język — nie chcieli rozmawiać o detektywistycznych zagadkach, egipskich mumiach, czy dinozaurach wielkości kury domowej. Poza tym często bywali niemili. Nawet bardzo często. Tego nauczycielka już nie widziała. Dobra, zauważyła raz, a właściwie dosłyszała zza ściany nauczycielskiego pokoju. I mean, ciężko byłoby tego czegoś nie usłyszeć, bo pewien osobnik wydzierał się, jakby to były przesłuchania do The Voice of Poland. Pół szkoły to słyszało. I nie zapomniało. Nie żeby coś więcej zrobiła poza spytaniem się, o kogo w tamtej "piosence chodzi" No bo po co.


Lepiej czepiać się dzieciaka, że woli czytać niż wchodzić takim w tyłek, żeby milsi byli. I nie zgłaszać tego rodzicom: w końcu czyjeś błędy wychowawcze objawiające się tępieniem innych to najwyraźniej nie jest powód do żadnych reakcji. Lepiej się do tych cichych dzieci dopieprzać. Przynajmniej będą wiedziały, że żyją.


Dziecko wzięło do siebie to, co się stało. Odniosło nieprzeczytane do biblioteki książki, z płaczem spoglądając na kolejne tomy "Przygód Trzech Detektywów", których, jak sądziło, nigdy już nie przeczyta. Dziewczynki takich nie czytają (wow, teraz już znamy płeć dziecka!).


Potem dziewczyna, kierując się wątpliwym przeczuciem, skręciła w rząd regałów po lewej do działu "Dla nastolatek". Myśli: może mnie polubią. Może nauczę się czegoś, co koleżanki z klasy znają i lubią.


Muszę pisać wprost, że nie podziałało?


Cóż, w każdym razie dziewczyna porzuciła detektywistyczne zapędy, roboty, zabawy w Tomka Wilmowskiego i wszystko, czego nie zauważała u koleżanek. Nie na długo, bo nie wiedziała, co innego mogłaby robić. Postanowiła jednak skupić się na nauce, bo w końcu wstyd nie przejść z klasy do klasy w podstawówce. Rodzice zapisali ją na zajęcia, na których "uczono, jak się uczyć". Nie powiem, podobały jej się te zajęcia - szczególnie wtedy, kiedy dość szybko zaczęła osiągać najlepsze wyniki. No i prowadzące były naprawdę świetne.


Ale zaczęła kryć się z tym, co robi w wolnym czasie. Czasem mówiła babci, że wychodzi z koleżankami, a tak naprawdę szła kilka bloków dalej, by schować się w jednej z klatek i w spokoju poczytać (pilnowano wtedy, by nie czytała dłużej niż jakąś godzinę, a już na pewno nie w spokoju) - w zimę bywało zimno, szczególnie, kiedy schodziło się do piwnicy, by skryć się przed ciekawskimi spojrzeniami i znajomymi babci. Co rusz się dziwili, czemu ona ciągle przeziębiona chodzi.


No i trafiła do gimnazjum, takiego okresu przejściowego, kiedy to dzieciakom generalnie jeszcze bardziej odbija. Szczególnie na lekcjach WDŻ podczas rozmów o "tych sprawach".


Ale spoko, jakoś przeżyła. Tylko do głowy zdążyli jej wbić, że albo jesteś "humanistą" albo "ścisłowcem" - młoda i głupia, uwierzyła.


Bez ściemniania: kilka typowo nastoletnich buntowniczych akcji wkradło się w tym miejscu, tak samo zresztą, jak w każdym następnym etapie życia. Piwko (dobra, może i więcej niż piwko, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w podobnym wieku nie eksperymentował z napojami) z przyjaciółką (ba! Udało jej się znaleźć taką, z którą przyjaźni się do dziś), wagary (i to takie, przez które grożono jej kuratorem, jakby miało to jakkolwiek zadziałać na kogoś poza jej rodzicami) i wiele innych głupot, które robią dzieciaki, by poczuć się dorosłe.


Okay! Wciąż nie uważam wagarów za coś złego. Jak ktoś nie potrafi przedstawić sensownie wartości w danym wydarzeniu, to niech się nie dziwi, że rozgarnięci ludzie na nie nie przyjdą, niezależnie od wieku. Sorry not sorry.



Wtedy po raz pierwszy usłyszała, że jest humanistką i to typowe "dla dziewczyn". I to od kobiety, która zwykła nazywać ją również "świętą krową" ze względu na frekwencję. Przy wszystkich. Na wywiadówkach też. Ależ tata zadowolony z nich wracał! Tak bardzo, że regularnie zapominała mu o nich wspominać przez co wychowawczyni osobiście dzwoniła w ich sprawie.


Po latach w sumie rozumiem Panią K. Łatwa w obyciu dziewczyna nie była, a jako nauczycielka starszej daty, uważała dobrą frekwencję za wyznacznik bycia dobrym uczniem. Mogła jednak chociaż raz zainteresować się, dlaczego do tej szkoły nie chodzi. Ale i tak ją szanuję za to, że próbowała chociaż zagonić dziewczynę do nauki - jeśli osobiście trafiłabym na tak beznadziejny przypadek, niechybnie ubiłabym dziennikiem po głowie. Dobra, kiedyś spróbowała... Na szczęście głowa była cała ;)


Serio, im bardziej się rozpisuję, tym bardziej widzę, jak popieprzonym miejscem jest szkoła.


A skoro język polski to "przedmiot dla dziewczyn" to postanowiła iść do szkoły średniej na profil prawniczo-medialny, chociaż w głębi marzyła o czymś zgoła innym.


W liceum to dopiero było. Nie chcąc się tu rozpisywać, bo i tak powstała mini epopeja: w szkole średniej grożono wywaleniem za frekwencję (tym razem pobłażliwie, bo była jedną z najlepszych uczennic na roczniku), ale za to nieco zmądrzała i podążając za intuicją zdała maturę z sześciu przedmiotów: zarówno humanistycznych, jak i ścisłych. I to z całkiem dobrymi wynikami, pozostając w tej samej klasie, do której trafiła na początku, bo ponoć miała sobie nie dać rady. Nawet opowiadania na konkursy i szkolnej gazetki pisała. W radiu trochę posiedziała (do tej pory ma statuetkę na półce!). Chemii i fizyki uczyła się sama — bez książek i kogoś, kto by ją poprowadził. Poprawiła maturę z chemii po roku chodzenia na korepetycje i prowadzenia własnej firmy, by jakoś na nie zarobić.


W wolnym czasie - dobra, również podczas lekcji i wagarów - czytała książki. Tym razem w ruch poszło "Moonwalking with Einstein" czy "The Art of Memory" (mało rozumiała, ale dzielnie tłumaczyła fragmenty i z każdą stroną szło jej coraz lepiej), a także każda książka z zakresu neurobiologii, którą tylko mogła znaleźć w Internecie. Hej, nie zjedzcie jej za to piracenie plików - młoda miała mały budżet... Dobra, wcale go nie miała. Kto normalny w szkole średniej ma fundusze?


Sama się dziwię, jakim cudem ona tak szybko się tego uczyła. Z pamięci recytowała poszczególne składowe mózgowia, czy dyskutowała z lekarzami na temat tego, czego się dowiedziała. O dziwo, ta grupa zawodowa szczególnie upodobała sobie te rozmowy i do tej pory wspomina je przy spotkaniach.


A jak potrafiła tę wiedzę zastosować w opowiadaniach! Wyrazy uznania dla Pani B., która dzielnie czytała często dość drastyczne opisy, chcąc wspomóc dziewczynę na literackiej ścieżce.


W końcu, po miesiącach trenowania pamięci, do których inspiracji dostarczyło głównie forum The Art of Memory, książki Buzana i podcast Anthony'ego Metiviera, postanowiła spróbować swoich sił w zawodach. No i je wygrała. Pierwsze miejsce w Polsce, a większość uczestników była starsza i zdecydowanie bardziej doświadczona.


Nawet niedawno odkopała notesy, w których rozpisywała eksperymenty i ich wyniki - nie oceniaj, działała na własną rękę, chowając się z tym przed wszystkimi, bo i tak tylko by się czepiali. Ale za to jak dumnie rodzice się wypowiadali na wywiadówkach i wśród znajomych. A co! Patrzcie, jakie mamy zdolne dziecko.



Wyniki z matury były, na "wymarzoną" medycynę dostała się bez większego problemu i... (nie mówiąc o tym początkowo nikomu) zrezygnowała. Bo nie szło idealnie. Nie wszystko ogarniała od razu, wróciły wszystkie słowa, które usłyszała na swój temat. Jeśli teraz nie udaje mi się bezproblemowo uczyć się tego wszystkiego, to może mieli rację? Może za głupia jestem i tylko udaję, że to coś dla mnie?



I tak trwała w zawieszeniu jakieś trzy lata. Po wielu dyskusjach, postanowiła iść na jakieś studia. Było jej głupio, że siedzi z rodzicami, kiedy jej znajomi (i wnuczęta pewnych osób z rodziny...) wyruszyły daleko — zwykle aż do Kielc, czyli bez mała jakieś 60 kilometrów dalej — by robić to, co każdy młody człowiek zrobić powinien. Czyli zdobyć papier, którym z perspektywy czasu, równie dobrze można sobie tyłek podetrzeć.


Posiedziała na studiach, miała dobre oceny i nawet wpadła nagroda, czy dwie. Po roku poszła na dziekankę, ponieważ zawołali zdalnych studentów do powrotu na uczelnię (były to "czasy covidowe") — tym razem jednak decyzja podyktowana była innym powodem, niż niechęć do systemu edukacji. W sumie bardzo jej się tam spodobało. Ale jak to w życiu bywa — czasem istnieją ku czemuś warunki, a czasem trzeba sobie dać spokój.


W końcu trafiła na TikToka i poszła "w marketing". Dość szybko znalazła pracę, nieco naciągając rzeczywistość. Ale dobra — uczyła się szybko, a to najważniejsze. Ciągle uczy się, że może jednocześnie lubić i nauki ścisłe i humanistyczne — i wszystko pomiędzy.




Zalicza wpadki, ale się uczy. Nie pamięta większości matematycznych zagadnień i, o dziwo, dostaje bólu głowy na widok cyferek w Excelu. Ale nie ma ochoty walić głową w ścianę, kiedy coś jej (znowu) nie wychodzi. Nie dziwi się, że ciotki dalej jej nie rozumieją i wypytują przy każdej okazji o "narzeczonego". Dzięki Bogu, że chociaż z wujkami porozmawiać można i schować się u nich przed ciotkami na rodzinnych imprezach. Jeśli któryś z Was to czyta — dzięki!


Doktoratu z neurobiologii nie zrobiła, chirurgiem też nie została. Książki żadnej nie wydała, międzynarodowego biznesu nie stworzyła. A jednak czuje się bardziej "na miejscu" niż kiedykolwiek wcześniej.


Generalnie, cudze opinie ma w nosie (no, mniej więcej — czasem aż ma ochotę wyjść z siebie i stanąć obok słuchając niektórych wywodów). Wie jednak już, że ludzie będą wmawiać, że nie można lubić różnych rzeczy. Nie można i czytać książek i uprawiać sport. Nie można chodzić na imprezy i dobrze się uczyć. Nie można tego i tamtego. Nie, bo nie i już.


Chyba nie muszę pisać, o kim jest dzisiejszy wpis, no nie?


Morał z tego jest taki

...można lubić wszystko i można nie lubić niczego. Obydwie wersje (i każda pomiędzy) są ok — tak długo, jak wynikają z Twoich przekonań, a nie zdania innych.


I serio, można wyjść na ludzi, próbując nowych rzeczy.


Lecę teraz doczytywać "Metodę Lean Startup", bo o dziwo znowu biznesów mi się ostatnio zachciało. A co, jeszcze Elon będzie mi buty czyścił! ;)


6 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comentarios


bottom of page